Autor: Roman Spandowski
W strefie Gazy od przeszło pół roku trwa okrutna wojna. Choć nie taka jak na Ukrainie, ale jednak okrutna. Świat się jej przygląda, podobnie jak tej na Ukrainie, bo przyglądactwo (lub podglądactwo) weszło światu w krew. Się również do niej (do nich) ustosunkowuje, a jakże. Jak?
W amerykańskich kampusach, na ulicach metropolii całego zachodu trwa antyizraelski i propalestyński sabat nienawiści.
Na samym początku uściślę swoje stanowisko. 1) Każda wojna jest straszna i okrutna. Ale wojny się zdarzają. O niektórych się mówi, że są wojnami obronnymi i tu nie obowiązuje ewangelijny absolutny zakaz przemocy. Bo na przemoc zewnętrzną wolno odpowiedzieć adekwatnie. Problem jak zwykle w szczegółach – jakie są granice adekwatności? 2) Bardzo współczuję cywilnej ludności Gazy, że doznaje tak wielkich cierpień. Ale moja empatia względem niej nie przesłania mi szerszej perspektywy. Izraelski najazd na Gazę był czymś spowodowany – nikczemnym, ohydnym (brak mi odpowiednio bezwzględnych synonimów) atakiem Hamasu na pograniczne izraelskie kibuce z jej także cywilną ludnością. A nie była to to wojna w cywilizowanym rozumieniu, tylko bandycki terroryzm.
Nie jestem w stanie nazwać hamosowców bojownikami. Dla mnie pozostaną bandytami.
Każde państwo jest zobowiązane do obrony swoich obywateli lub do pomszczenia ich krzywd zadanych przez wroga. W wypadku Izraela chodziło o jedno i o drugie. Życia 1700 śmiertelnych ofiar najazdu Hamasu nikt nie zwróci, podobnie jak nie ukoi bólu ich bliskich, ale o życie współobywateli porwanych jako zakładników trzeba walczyć.
I znów uściślę swoje stanowisko. Nie wszystko w działaniach izraelskiego państwa aprobuję. Nie tylko dlatego, że postać premiera Netanjahu jest dla mnie wysoce antypatyczna. Cała ta kampania w Gazie powinna zostać potem międzynarodowo rozliczona. Choć na pewno nie będzie, bo Izrael jest zbyt ważnym dla zachodu podmiotem. O wiele poważniejszym niż postjugosłowiańcy czy afrykańscy watażkowie.
Wracając co cierpień ludności cywilnej jako niezbywalnego elementu każdego konfliktu zbrojnego. Podczas II wś. alianci masowo bombardowali niemieckie miasta, licząc, że tym zniechęcą cywilnych Niemców do wspierania Hitlera. Nic to nie dało. Ale bombardowali do końca. Zbombardowanie Drezna w lutym 1945 r. nie miało już żadnego sensu militarnego. Czy zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki miało? Może jednak przyspieszyło kapitulację Japonii. W logice wojny więc chyba miało. Taka jedna byle partykuła „chyba”, niewiele w sobie znacząca, ale jednak. Zginęło mniej Amerykanów, którzy musieliby desantować się w Japonii. A że zginęli cywilni Japończycy? Ale to oni wszak wsparli masowo japoński imperializm, podobni jak cywilni Niemcy hitleryzm. I jak Palestyńczycy z Gazy Hamas. Bycie cywilem – w tym matką, starcem, dziećmi nie gwarantuje historycznej niewinności. Izraelczycy chcą wytrzebić wojskową infrastrukturę Hamasu i tym samym politycznie sam Hamas, by zapewnić swojemu maluśkiemu państwu i swoim obywatelom maksimum bezpieczeństwa. Ja się temu nie dziwię. Przecież o to samo chodziło aliantom w II wś. Analogizując do obecnej sytuacji – czy miałoby sens przed ostatecznym szturmem na Berlin w kwietniu 1945 r. wzywać do zawieszenia broni, bo cywilni berlińczycy cierpieli niewysłowione katusze? Zacytuję Stary Testament (proroctwo Ozeasza 8/7) – Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę.
A na koniec o reakcjach wobec tej wojny na zachodzie. O kanapowej lewicy w świecie zachodnim dawno myślę już wyłącznie źle – jako o gówniarzach, którzy nigdy nie doświadczyli prawdziwego zła historii. Bo się doszczętnie rozleniwili w demokratycznych dostatkach swojego świata, który znienawidzili, ale poza którym nie potrafiliby żyć. W sumie intelektualny, a i etyczny blamaż.