Autor: Roman Spandowski
Historia niemiecko-polskich stosunków w ciągu ostatnich tysiąca lat jest niezwykle skomplikowana. Tym samym zupełnie niejednoznaczna. Politycznie może, cywilizacyjnie i kulturowo zupełnie nie.
W średniowieczu nie graniczyliśmy od zachodu z jakimś państwem niemieckim, tylko ciągle jeszcze z ottońską wersją rewitalizacją Cesarstwa Rzymskiego, odtworzonego na bazie Królestwa Niemieckiego po rozpadzie cesarstwa Karola Wielkiego. Cesarstwo ottońskie, bez sukcesów na zachodzie, jęło ekspandować na wschód.
Nie było to łatwe ot tak sobie, ale nie było to też przesadnie trudne. Plemiona słowiańskie, osiadłe tam od raptem trzech stuleci, nie dysponowały jakimikolwiek zasobami, by skutecznie i na dłuższy czas obronić swoją odrębność. Bo Germanie byli tu od dawna, od dawna też byli mistrzami w prowadzeniu wojen, ale także w pokojowej penetracji stopniowo pozyskiwanych terytoriów. Od V po IX w. zdołali skolonizować oraz zgermanizować dawne północno-wschodnie już zromanizowane kresy byłego Cesarstwa Rzymskiego, w końcu bardzo już ucywilizowane. Więc jaki mieliby mieć trud z podbijaną słowiańską barbarią?
Bo to była barbaria. Nie używała koła garncarskiego, choć to to był standard w basenie Śródziemnomorza od trzech tysięcy lat. Słowianie się od VI do XIX w. rozprzestrzenili się po całej południowo-wschodniej Europie – od Morza Egejskiego po obu jego stronach po cieśniny duńskie i dalej.. Jak mogli mieć tyle zasobów demograficznych w tak krótkim czasie? Coś o tym już pisano.
Ale faktem jest, że słowiańskie osadnictwo niegdyś wschodniej Europy pozostało widoczne po jej germanizacji, np. typ wsi owalnicy (niem. Rundling). Oraz wiem, że w niemieckich dialektach Meklemburgii i Pomorza zachowało się cholernie wiele slawizmów. Wiem, zachodnia Słowiańszczyzna musiała tam przegrać cywilizacyjnie ze starszą niemczyzną, wspomaganą przez rzymską cywilizację od stuleci. Gorzej, że nawet od XIV w., czyli od Kazimierza Wielkiego,, nawet nie dopracowaliśmy się konkurencji. Masowo lokowane przez króla miasta w Polsce odbywały się wg różnych niemieckich praw (na ogół chełmińskiego) wg tradycyjnych zasad – czyli niemiecki zasadźca rychtuje na to miejsce swoich językowych rodaków jako lokatorów założonego przez siebie miasta.
Co tyczyło też też wsi. Ewentualna ich polonizacja mogła następować dość wkrótce, acz niekoniecznie. Ale najważniejsze miasta Rzplitej, czyli Gdańsk, Toruń, Elbląg do końca pozostały – przynajmniej w urzędach – niemieckojęzyczne.
W Toruniu polskość była od zawsze, czyli od XVI w. Miejscowe drukarnie masowo wydawały polskie teksty, głównie reformacyjne, katolickie zresztą także poniekąd. Ale Toruń był niemiecką wyspą pośród polskiej większości, zatem prędzej czy później by się spolonizował. Wielu z urodzenia niemieckich torunian weszło potem
w środowisko polskiej inteligencji warszawskiej, jak Samuel Linde, rodzina Hubów czy Ludwika z Fengerów Skarbkowa, protektorka Chopina… Gdańsk inaczej. Tam polskość była wartością dodaną, ale niejedyną i nie najważniejszą. Znakomity gdański rytownik, Daniel Chodowiecki rysował z uwielbieniem polskich arystokratów, dopóki byli. Potem już nie rysował. Zbuntowana wobec likwidacji Rzplitej gdańska rodzina Schopenhauerów wyprowadziła się z Gdańska spod pruskiej władzy do Hamburga, w tym filozof Arthur Schopenhauer.
A w Elblągu polskości nigdy nie było.
Cdn.