Autor: Roman Spandowski

Urodziłem się dawno temu w rodzinie drobnomieszczańskiej, na dodatek w prowincjonalnej dziurze, gdzie rytm życia – nie tylko w niedziele – wyznaczała sygnaturka fary (resztę dzwonów skonfiskowali hitlerowscy Niemcy, by doposażyć zbrojnie swój stopniowo przegrywający Wehrmacht). Religię w szkole miałem chyba dwa lata po przełomie październikowym 1956. Nie najlepiej ją wspominam. Zresztą
późniejszą katechezę, znowu odesłaną do salek parafialnych, też nie za bardzo. Bo wszystko przebiegało tak, jakby od renesansu i oświecenia nic się w europejskiej kulturze nie zdarzyło. Był wykład mitologii Starego Testamentu jako najprawdziwszej prawdy kosmologicznej, bo objawionej, a etyki Nowego Testamentu jako najdoskonalszego wykwitu kultury wszech czasów, jako że też objawionej. Biblii spośród mi rówieśnych i tak nikt nie czytał (to rozłożony w czasie efekt soboru trydenckiego), ale i katecheci duchowni i świeccy, i (z rzadka) katechetki, li tylko siostry zakonne, też nie za bardzo. Ówczesne ekipy katechetyczne były zupełnie nieprzygotowane na dyskurs ze współczesnością. Zajęte walką z państwową ateizacją przegapiły starcie kulturowe zdecydowanie ważniejsze. Dotyczy to zresztą całego kościoła katolickiego, a zwłaszcza polskiego. Wybrano Okopy Św. Trójcy zamiast dialogu. I był to najgorszy możliwy wybór. II sobór watykański chciał otworzyć kościół na nowe czasy, ale spiżowe bramy Watykanu okazały się być zbyt mocarne, zwłaszcza w Polsce. La Pologne est comme toujours plus catholique que les papes et la plus catholique dans le monde entier (Polska jest jak zawsze bardziej
katolicka od papieży, a w ogóle najbardziej katolicka na całym świecie). Skromność (gr. sophrosyne, łac. modestia) wg Platona należała do podstawowych cnót, ale nasi przodkowie, a i ich liczni tyłkowie to totalnie olali. Więc mamy, co mamy. Wprowadzona tylnymi drzwiami do szkół katolicka katecheza obrosła personelem nie tylko w sutannach, ale także świeckim. Jego jest mi żal, choć obiektywnie rzecz
rozpatrując, ich status obecnie niczym się nie różni od statusu rusycystów w szkołach lat 90. Jedni i drudzy wstępnie wybrali opcję, która wydawała się wtedy atrakcyjna, ale czasy się zmieniły. Trzeba ponieść konsekwencje poprzednich wyborów. W każdej innej specjalizacji jest to oczywiste i raczej nie budzi społecznych emocji. Kto by chciał teraz pójść na barykady w obronie tradycyjnych telefonistek, modystek czy zdunów lub kołodziejów?

Kiedy byłem dzieciakiem, w popularnym wówczas czasopiśmie „Dookoła świata” publikowano w odcinkach teksty Zenona Kosidowskiego, tłumaczące racjonalnie biblijne podania. Owszem był to kolejny komunistyczny atak na chrześcijaństwo jako konkurencję w ideologicznej władzy nad Polakami. Wiem to wszystko, ale też wiem, że teraz niekonfesyjna interpretacja Biblii, bo świecko-naukowa, ma już wolny wstęp przez spiżowe bramy w obręb Watykanu. Tyle że jak się to ma do obecnej kościelnej
kosmologii, zwłaszcza tej na katechezach dla maluczkich?
Przed wielu laty moja wówczas maleńka córeczka zapytała mię, jak powstał człowiek. Ja się wzdąłem i jąłem opowiadać o ewolucji, o homines erecti, neandertales et sapientes – a ona odparła: „A głupia siostra powiedziała, że z gliny”. Obecna katecheza chyba nie jest na wyższym poziomie.
Cdn.

Udostępnij: