Autor: Roman Spandowski
https://www.google.com/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=&ved=2ahUKEwjip9j7v9r6AhVG-yoKHd1gDjQQFnoECAoQAQ&url=https%3A%2F%2Fencysol.pl%2Fes%2Fencyklopedia%2Fbiogramy%2F18771%2CSpandowski-Roman.html&usg=AOvVaw3ZSscIu6VRxwfSMN3Rztyn
Świętych obcowanie. Jeden z punktów Credo, który obok cielesnego zmartwychwstania od dawna budził mój zdroworozsądkowy sprzeciw. Bo kto to jest święty? W pierwocinach chrześcijaństwa, jeszcze prześladowanego, a nie prześladującego, to męczennik za wiarę (martyr pro fide), wyznawca wiary za cenę życia (confessor pro vita et fide).
Zostawmy na boku cudem od pokalania dziewice (virgines) jako element odległego czasowo obyczajowego folkloru. Najpierw było po prostu beatus (czyli: wreszcie szczęśliwy) z powodu natychmiastowej po tragicznej śmierci jedni z Bogiem. Bez czyśćcowych naprawczych przygotowań, o których milczy i Stary, i Nowy Testament.
Czym miała być ta jednia, czy naiwnie mitycznym w chrześcijaństwie rajem, czy bardziej u żydów ontologicznie skomplikowanym Szeolem – chyba nikt sobie tym głowy nie zawracał. Choćby z braku intelektualnych podstaw. Już nie prowincjonalnie semickich, ale tym bardziej nie światowych: hellenistyczno-rzymskich. Raczkujące od IV w. chrześcijaństwo w rozwiniętym już nadzwyczaj świecie grecko-rzymskiej filozofii wybrało najpierw Platona jako sobie najbliższego (Augustyn z Hippony) metafizycznie, jednak kosztem realnej fizyki i w ogóle nauk szczegółowych, bez których trudno sobie wyobrazić naukę jako taką. Dopiero spadek po Arabach odkrył młodej naukowo średniowiecznej Europie Arystotelesa z jego realno-naukowym pozytywizmem. I uczynił Tomasza z Akwinu wzorcowym filozofem chrześcijańskiej Europy.
Nie wierzę w zło metafizyczne. Tzw. zło to dzieło kultury z głęboko medycznym podtekstem. Zwierzęta nie postępują źle dla przyjemności, a tak właśnie widzę zło jako takie. Zabijają przeciwników, czasami ich zjadają, ale tylko po to, żeby przetrwać w obrębie swojego stada czy gatunku. Ich przemoc jest racjonalna i bynajmniej nie motywowana wartościami ideologicznymi. Człowiek bywa okrutny i bezwzględny poza jakąkolwiek racjonalnością. Dlaczego? Pies wie. Sądzę, że przede wszystkim z przerostu zupełnie pozanaturalnych motywacji ideologicznych, ale też z powodu defektów medycznych. Nie będę analizował fenomenu Stalina, Hitlera, Putina czy innych satrapów. Ale przypomnę, że po egzekucji w 1968 r. sławnego wampira z Krakowa, czyli Karola Kota, miano po sekcji zwłok jego odkryć rozległy guz mózgu, który mógłby być przyczyną jego asocjalnych zachowań. Jednakowoż za podstawową przyczynę zła będę uważał ideologię (w tym religię), co jest właściwością tylko człowieka. Ilu z oficjalnie uznanych przez kościół rzymskokatolicki świętych skłonni byśmy teraz uznać raczej za łajdaków? A jeżeli nawet nie aż tak, to za ludzi często do bólu małych? I tacy mają nam służyć za wzory naszych zachowań? Nie prościej uznać, że człowiek jest z natury rzeczy niedoskonały (a niech i będzie, że z powodu grzechu pierworodnego) i nie jego równie niedoskonałym pobratymcom jest orzekać o jego losach pośmiertnych? Kult świętych w katolicyzmie jest pogańskim idiotyzmem. Tu się zgadzam z protestantami. Nie zgadzam się z ich eschatologicznym manicheizmem – niebo albo piekło. Żaden człowiek stworzony na Boże podobieństwo nie powinien być godny piekła, bo to zaprzecza samej istocie Bożego stworzenia. Tym bardziej się nie mogę zgodzić na protestancką (zwłaszcza kalwińską) predestynację. Jedyne, co mię kręci w chrześcijaństwie, to etyka Nowego Testamentu, bo jest tak etyczna, że nawet niemożliwa w społeczno-politycznej praktyce. Ale może potrzebne są nam wzorce tak absolutne, że wręcz absolutystyczne? Żebyśmy mogli i musieli na co dzień odróżniać nie tylko dobro i zło, ale także i przede wszystkim umieć wybierać mniejsze zło, bo z tego mogą być lepsze efekty niż z ortodoksyjnego sekciarstwa? Ale w nowotestamentowej etyce jestem pod ciągłym wrażeniem ewangelii, a zwłaszcza słów Jezusa. Też w ich oszczędnych ocenach seksualności. Znacznie mniej kazań Pawła z Tarsu, skądinąd mizogina i seksualnego histeryka. Ale jego hymn do miłości z I listu do koryncjan uwielbiam i polecam uważnej lekturze wszystkim patentowanym katolikom. Jestem niewierzący i nie wyobrażam sobie swojej egzystencji po śmierci ze wszystkimi swoimi życiowymi słabościami, satysfakcjami i nieszczęściami podczas obcowania z innymi, z którymi i za życia byłem w skomplikowanie wzajemnych konfliktach, w wyborach najczęściej typu „mniejsze zło”, a to wszystko tam i wtedy miałoby podlec jakiejś idealizacji. To czemu się to nie mogło udać za życia, kiedy pono naprawdę sami to życie kształtowaliśmy? I jak usunąć nieprzezwyciężalne za życia konflikty emocjonalno-egzystencjalne z innymi, kiedy już po śmierci o niczym nie będziemy mogli decydować? Nie jestem święty i nawet w najśmielszych marzeniach siebie takim nie widziałem. Coś mię zawsze od religijnej świętości odstręczało. I z takimi miałbym na wieki obcować? Co za nuda!