AUTOR: ROMAN SPANDOWSKI, były wykładowca Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, współredaktor „Słownika polszczyzny XVI wieku”
https://encysol.pl/es/encyklopedia/biogramy/18771,Spandowski-Roman.html
https://nowosci.com.pl/luksusowe-getto-jezykowe/ar/10934973
**********************************************************
Wszystko, co dotyczy Niemców i Niemiec, uchodzi u nas od dawna i niezmiennie za oczywiste. W tym najpierwszy aksjomat – jak świat światem, nigdy Niemiec nie będzie Polakowi bratem.
Czyli Niemcy są naszymi przyrodzonymi wrogami i nic nie jest w stanie tego zmienić. A wszelkie kontrdowody to tylko szkopska zmyłka na odwieczny pohybel Polakom. Czym się ten żenujący intelektualnie i moralnie przesąd ma różnić od niesławnej opinii Szamira (przypominam – kiedyś premiera Izraela), że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki? Ahistoryczny fatalizm i jednocześnie grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu ewangelii o miłości wobec bliźniego. Przy okazji też o niechrześcijańskości zasady odpowiedzialności zbiorowej. Ale poprzestańmy przy nauce. Bo historia wszak też jest nauką.
Na jakiej podstawie mamy demonizować naszą wspólną niemiecko-polską przeszłość – i to wyłącznie antyniemiecko? Czy naprawdę nasza wzajemna historia to tylko nieustanna seria polskich krzywd doznanych od naszych zachodnich sąsiadów? A może winniśmy spojrzeć na nią bardziej otwarcie? I zwrócić uwagę na to, że tak wiele od Niemców cywilizacyjnie zawdzięczamy?
Dla polskich narodowców to oczywiście herezja i zaprzaństwo. Ale…
Chrześcijaństwo (dla chrześcijan wiadomo, co do znaczy, dla kulturoznawców i innych zwyczajnych ludzi – przypominam, przepustka do ówczesnej, jeszcze raczkującej cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Choć mogliśmy – jak ówczesna Ruś – przyjąć nową religię z Bizancjum, wówczas jeszcze górującego kulturowo nad Zachodem; a był to czas ciągle przed Schizmą). Przyjęliśmy nową religię z Zachodu, a tym samym postawiliśmy na właściwego konia. Bo wschodnie Bizancjum odtąd już się tylko politycznie i cywilizacyjnie zwijało, a Zachód prężnie ekspandował.
Pytanie za pięć punktów – komu mamy zawdzięczać ekspansję zachodniego chrześcijaństwa w dopiero co się kształtującym polskim państwie i społeczności? Bo chyba nikt nie uwierzy, że państwowy chrzest Mieszka z automatu przeszedł na wszystkich Polaków? Pomijając drobiazg, że Polaków jeszcze wtedy w ogóle nie było. Wg kronikarzy Chrobry kazał wybijać zęby swoim drużynnikom nieprzestrzegającym postów. Wg archeologów niemal do początku XIV w. przeważają na terenie Polski pochówki jeszcze pogańskie. Po śmierci Chrobrego (a jednocześnie koronacji jego nieszczęsnego syna Mieszka II) wybuchła w Polsce wojna domowa, zwana również reakcją pogańską. Co wykorzystał czeski książę Brzetysław (chrześcijanin już którymś z kolei pokoleniu), by najechać i splądrować sedno polskiego państwa, czyli Wielkopolskę. Szczegóły pomijam.
Nowy rozdział w naszej narodowej historii rozpoczął powrót do kraju syna Mieszka II Lamberta, czyli Kazimierza Odnowiciela, którego matką była Niemka z Lotaryngii Rycheza (nie mam wątpliwości, że dzięki pomocy jej rodaków udało się im wrócić do Polski). Skoro Wielkopolska stała się po najeździe czeskim pustynią, Kazimierz zainstalował się w Krakowie, czyli w stolicy Poloniae Minoris (tzn. młodszej, później zaś mniejszej Polski – w sumie zaś Małopolski).
Pierwszy biskupem misyjnym Polski nie był wcale Wojciech Sławnikowic (późniejszy patron kraju), ale Lotaryńczyk (chyba) Jordan, który ochrzcił Mieszka I jako ordynariusz Poznania. Jego następcą w Poznaniu był ewidentny Niemiec Unger. Potem nastąpił napływ do Polski szeregowego duchowieństwa – głównie z Niemiec. Przybysze obok coraz liczniejszych w tym gronie Polaków (cokolwiek to wtedy mogło znaczyć) kontynuowali chrystianizację Polski, choć postępy nie były olśniewające. Przewidziana podczas zjazdu gnieźnieńskiego metropolia mająca objąć całą Polskę zubożyła się wkrótce o diecezję kołobrzeską (wskutek utraty polskiej kontroli nad Pomorzem), a wzbogaciła się nieznacznie o erygowane potem diecezje płocką, włocławską i lubuską. Polskie diecezje były wtedy – i długo potem pozostały – największymi w chrześcijaństwie. Metropolia pozostała ta sama. Podział na parafie, choć się jakoś dokonał, nie przełożył się nijak na infrastrukturę – choćby architektoniczną. Co do architektury – to się praktycznie nie dokonało to do nowoczesności.
Temat niemiecko-chrześcijańsko-parafialny w Polsce chcę zakończyć analogią krzyżacką. Sama tematyka krzyżaków to oczywiście problem sam dla siebie. Ale co do doraźnej organizacji duszpasterstwa pozwolę sobie na nieortodoksyjne konstatacje. Krzyżacy przybyli do ziemi chełmińskiej w (ok.) 1230 r. Do kraju sobie obcego, gdzie autochtoniczna polska ludność była już co prawda schrystianizowana, ale chwilowi pruscy hegemoni bynajmniej. Garstka niemieckich krzyżowych rycerzy potrafiła nie tylko ustanowić na tym terenie swoją władzę militarno-administracyjną, ale także religijno-administracyjną. Znaczna część kościołów parafialnych – nie tylko w fantastycznie licznie lokowanych miastach, ale też we wiejskich grajdołkach – powstawała jeszcze w XIII w. A w Polsce właściwej?
Cdn.