Roman Spandowski
Rocznica Konstytucji 3 Maja minęła, więc nie ma już co o niej pisać. Zresztą nie ma co o niej pisać i z innych względów. Co roku politycy mówią o niej to samo i tak samo, czyli pompatycznie i nudno. Że druga na świecie, że pierwsza w Europie, że śmiała, odkrywcza i nowoczesna.
Dla ścisłości – w świecie trzecia, w Europie druga. Pierwszą była konstytucja Republiki Korsykańskiej z 1755 r. Państwo to ostatecznie nie doszło do skutku, bo wyspę podbili Francuzi, zatem ustawa zasadnicza nigdy nie zadziałała. Ale nie zadziałała też nasza Konstytucja 3 Maja, bo i Rzeczpospolita niebawem przestała istnieć. A i wcześniej odpór jej dała większość tradycyjnego narodu (czyli szlachty) – wroga wobec zachodu, oświecenia, nowinek intelektualnych, estetycznych i obyczajowych, taki na tamte czasy „elektorat”.
Analogie z PiSem nasuwają się same. Tamten „elektorat” skonsolidował się wkrótce wokół formacji politycznej zwanej konfederacją targowicką. Resztę pozostawiam inteligencji czytelników.
W porównaniu z konstytucją amerykańską i francuską nie była bynajmniej śmiała, odkrywcza i nowoczesna. Ale w Rzeczypospolitej wszystko, co nie przypominało kazania z ambony, mogło za takie uchodzić. Zatem trudno się więc dziwić, że Rzym był jej wrogi (papież Pius VI pobłogosławił targowicę i wystosował do Katarzyny adres dziękczynny za jej unicestwienie), znaczna część polskiego episkopatu i niższego duchowieństwa jawnie wspierała targowicę. Podczas insurekcji warszawskiej 1794 r. wykonano wyrok śmierci na biskupie Massalskim za zdradę stanu, portrety innych targowickich biskupów zawisły na szubienicy jako egzekucja zastępcza.
Ignacy Potocki i Hugo Kołłątaj określili Konstytucję 3 Maja „ostatnią wolą i testamentem gasnącej Ojczyzny”. I chyba na tym polega jej największe znaczenie. Bez niej Rzeczpospolita odeszłaby w niebyt w niesławie i hańbie.