Byłem w zeszłym tygodniu na najgłośniejszym filmie ostatnich miesięcy, czyli na „Zimnej wojnie” Pawlikowskiego. Mijają kolejne dni, a ja nadal tkwię pod jego wrażeniem zupełnie piorunującym.

O tym filmie można mówić jak o każdym dziele sztuki, analizując je na poszczególne formalne elementy. Można też mówić jako o zjawisku kulturowym, porównywalnym na znacznie szerszym, ponadnarodowym kontekście. Można się też ograniczyć do tła stricte narodowego. Ale to może, ale nie musi oznaczać trywialności a la PiS.

Pierwszy aspekt odpuśćmy. Nie czuję się biegłym analitykiem estetycznym. Pozostałe jednak aspekty jakoś zblokujmy, a co poza tym zostanie, zasłuży na odrębny traktat. Może przy okazji.

Tuż po wyjściu z kina rozmawiałem z przyjaciółką, której wiedzę i intelekt niesłychanie cenię. Jej główną reakcją było: „fuck the communismus!”, bo to była anglistka. Czyli dokładnie nie to, co ja w tym filmie zrozumiałem. Ale co jest od dawna przyjęte w powszechnym, oficjalnym odbiorze narodowym polskiej kultury. Na zasadzie – słoń a sprawa polska. Ten przeklęty, otumaniający i moralnie oraz intelektualnie kompromitujący polonocentryzm. Taki nacjonalistyczny narcyzm. Owszem, dla PiSu jest to racja stanu i najświętsza ideologia IV RP. Ale czy dla Polski? Poza tym nie tylko PiS ma w tym grzeszny rodowód. Za poprzedniej, POwskiej władzy w telewizyjnym przekazie koncertów Konkursu Chopinowskiego usłyszałem z ust ówczesnej minister kultury (zresztą fajnej polityczki), że to rozsławia w świecie polską kulturę. Wyobrażacie sobie podobne głosy na festiwalu Wagnerowskim w Bayreuth o kulturze niemieckiej? I jakimkolwiek innym narodowym festiwalu sztuki? Zresztą też w Polsce państwo Pendereccy organizują festiwal Beethovenowski. Beethoven był Niemcem w sposób najoczywistszy. Trzeba by było go też tak uczcić – podsuwając mu narodowe tło? Ja to rozumiem jako do krańca upokarzającego bezsensu posunięty kompleks niższości.

Najwybitniejszy dramaturg nowożytnej Europy, Szekspir, posługiwał się historią swej ojczyzny, tj. Anglii, podobnie zresztą jak prawdziwymi lub zmitologizowanymi wątkami z dziejów innych narodów jako materiałem do uogólnień, z których widz lub czytelnik miał wysnuć osobiste, ale i uniwersalne wnioski na temat moralności władzy i osobistej odpowiedzialności człowieka uwikłanego w politykę. Zresztą nie tylko chodziło tam o aktywność polityczną, która przecież dotyczyła (a i nadal dotyczy) niewielkiej zaledwie części populacji. Człowiek na co dzień żyje innymi sprawami i nawet największe przydarzające się mu namiętności pozapolityczne mają politykę tylko jako tło – nierzadko niszczące, często irytujące, ale zawsze odrębne. Do tak pojętej polityki włączyłbym również uwarunkowane politycznymi aktualiami podziały kulturowe. I tak dochodzimy do jednego z najważniejszych toposów i tematów kultury europejskiej – miłości niemożliwej, czyli takiej, w której stworzenie po zakochaniu się normalnego (a tym samym i banalnego) związku jest z gruntu niemożliwe. Kwestia ta pojawiła się w naszym kręgu kulturowym stosunkowo późno, bo dopiero w średniowieczu. Może się to wiązało z wyraźnie wyższą niż w antyku pozycją społeczną kobiety (kult Maryi!)? Może; zresztą nie wiem. Faktem jest, że dopiero wówczas pojawiły się w kulturalnym obiegu narracje o Tristanie i Izoldzie, Heolizie i Abelardzie, wreszcie wątek wszechczasów – Szekspirowski o Romeu i Julii. Za każdym razem niemożliwość stworzenia między kochankami normalnego (a więc – jak wyżej – trywialnie codziennego) związku wynikała z różnic społecznych, absolutnie podówczas nie do pokonania. Zupełnie nie miała znaczenia natomiast różnica charakterów, indywidualnych sposobów odczuwania, nawet jeśliby one też były pochodnymi uwarunkowań zewnętrznych. W następnych wiekach, wraz z demokratyzacją stosunków społecznych oraz globalizacją, względy te traciły na znaczeniu. Dłużej przetrwały różnice rasowe, ale i one w kulturze popularnej (być może jest to w jakiejś części presja poprawności politycznej) też się już wydają passe. Mocno się ciągle trzyma jako okoliczność sprawcza miłości niemożliwej powszechna (mniej lub bardziej – u nas niestety bardziej) homofobia. Film Anga Lee „Tajemnice Brokeback Mountain” stał się chyba już ostatnim artystycznym wcieleniem wątku Romea i Julii w wersji pierwowzorowej, czyli tragicznej.

A „Zimna wojna” to przecież rzecz o właśnie takiej miłości niemożliwej. Owszem, historia Zuli i Wiktora rozgrywa się w wyjątkowo konkretnie paskudnych czasach (i na dodatek polskich, choć to banał – bo wszak wiadomo, że wszystko, co dotyczy Polski, musi być z definicji najpaskudniejsze i krzywdzące), ale to przecież nie one dyktują fatalizm ich relacji. Oboje mogliby być szczęśliwi w Polsce lat pięćdziesiątych (zdaje się, że nie mieli zdecydowanych przekonań politycznych, a różnice historyczno-socjalne – skąd pochodził Wiktor, też nie wiemy – w nowym ustroju były bez znaczenia). Mogliby być szczęśliwi w Paryżu, we względnym dostatku, z takimże sukcesem zawodowym i ambicjonalnym. Ilu Polaków by to wtedy zachwyciło! Ale nie! Z fatalistycznie masochistyczną rozkoszą pakowali się we wszystko (owszem, realia miały tu wielkie znaczenie), co tylko mogło zdruzgotać ich związek. Bo największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz. A dlaczego tak nie chciało – to temat na następny traktat. Choć – nie da się ukryć – w tym układzie tylko jedna strona miała jaja. Zula! W trakcie, a zwłaszcza w finale. Niech was nie zmyli pozorny melodramatyzm tej finałowej sceny. To najprawdziwsza antyczno-Szekspirowska tragedia. A Zula to rola na miarę Antygony, Elektry czy Medei.

Reasumując – „Zimna wojna” to uniwersalna tragedia na konkretnym historycznym tle, które to tło było tylko scenerią – konieczną jak każda sceneria relacji międzyludzkich – ale ich niedeterminującą. A ukonkretniający historycznie tytuł to tylko wybieg i zabieg. A spróbuj się tu, widzu, jakoś z tym pozbierać.

Film Pawlikowskiego jest kolejnym argumentem, że na autorytet polskiej kultury i Polski w ogóle pracują uczciwi artyści i uczeni, a nie pajace, recytujące komunały o narodowej misji i dojące rządowe pieniądze na inscenizacje, na które i tak się nie ma twórczych pomysłów i nie zdobędzie stosownych środków. Filmy a la Holywood są poza naszym zasięgiem finansowym, a ich poziom estetyczno-ideowy winien nas zniechęcać do wszelkich szlachetnych eksperymentów a la polonaise.

Ale w tym długim tekście – może nazbyt – było i tak za dużo o pajacach. Choć o pajacach – trawestując Tuwima – można nieskończenie.

/Roman Spandowski/