W sobotę 9 czerwca w toruńskim CSW odbyło się spotkanie z ks. Lemańskim, które prowadził – ewidentnie tłumiąc wrodzoną sobie wyrazistość poglądów i polemiczną waleczność prof. Krzysztof Obremski. Ks. Lemańskiego przedstawiać nie trzeba – czołowy teraz enfant terrible instytucjonalnego Kościoła katolickiego w Polsce, bo innych już zbrakło.
Spotkanie miało charakter akademicki – czyli pytanie – odpowiedź. Elementów dialogu, a już broń Boże polemiki było maleńko lub w ogóle nie było. Pozwolę więc sobie choć trochę wypełnić tę lukę, dopisując tu swoje uwagi, które chciałem wtedy wnieść, gdyby się odbyła jakaś dyskusja. Ale nie było po temu okazji.
Tematyka spotkania obracała się wokół paru tematów, węższych bądź szerszych.
Pierwszym był stosunek chrześcijan (a zwłaszcza katolików) do Żydów. I tu ks. Lemański zaprezentował pierwszy tego wieczora, a jak się potem okazało, typowy wybieg – by uniknąć zbytnio jednoznacznie polemicznego wobec instytucji Kościoła wydźwięku swojej wypowiedzi. Mianowicie powiedział, że Kościół (a chyba i on sam) zwraca się do Żydów jak do wszystkich potrzebujących. I tu mój protest. Żydzi takiej pomocy potrzebowali przed wojną, podczas wojny i po niej, do 1968 r. włącznie. Niechby tylko deklaratywnej. Nie otrzymali jej. Teraz w Polsce nie ma praktycznie Żydów, choć problem antysemityzmu jest, a jakże. Potrzebna jest natychmiastowa, nieograniczająca się do jednego i enigmatycznego aktu akcja przeciwko antychrześcijańskiej ksenofobii i wszelkich innych fobii. Wiem, że ks. Lemański ma tym polu ogromne zasługi a jego wycofany ton jest elementem polityki. Czytaj – walki o przetrwanie w Kościele.
Drugim tematem była, czego się należało spodziewać, pedofilia w kręgu duchownych, zwłaszcza tych w szkarłatach. Tu znowu dużo haseł relatywizujących problem. Że u nas to były wypadki mocno odosobnione i że specyfika historyczna spowodowała, że jesteśmy w tyle za krajami Zachodu, gdzie wszystko jest cacy. Cacy może nie, ale niewątpliwie o niebo lepiej niż u nas. Tylko że przed parudziesięciu laty tam też było strasznie, ale tylko w rozwiniętej demokracji (i dodam – przy znacznym zlaicyzowaniu społeczeństwa) mogło to wreszcie wyjść na jaw. Ale jednego z najbardziej ubabranych tym świństwem biskupów amerykańskich, kard. Lawa, „nasz” papież wziął na wycug do Watykanu, ratując go przed ławą oskarżonych. Ciekawe zresztą, jak by wyglądała w Polsce kwestia sierocińców prowadzonych przez zakony (polecam przykład Irlandii, ale nie tylko), gdyby komuniści nie odebrali ich zakonnikom.
Pojawiła się też kwestia sojuszu tronu z ołtarzem. Odpowiedział ks. Lemański, że przecież w Opolu, Łodzi i Katowicach biskupi nie wchodzą w żadne układy z państwem. Trzy diecezje na trzydzieści parę.
Nie oczekuję od ks. Lemańskiego heroicznej, czy wręcz szaleńczej odwagi. Więcej niż doceniam jego dotychczasowe zasługi. Boleję nad jego osamotnioną pozycją w Kościele. Chce być jego funkcjonariuszem, choć spotykają go ciągle afronty. Nie odpłaca pięknym za nadobne. Wymawiając nazwisko abpa Hosera, swojego niegdyś zwierzchnika i głównego adwersarza, starał się nie przemycać tonem głosu niechęci doń. Ale pamiętam paru innych kontestatorów w sutannach, którzy teraz są już bez nich i poza instytucją. Podejrzewam, że taki będzie też los ks. Lemańskiego. Chyba że zmieni się polski Kościół. Ale w to nie wierzę, Bo w ogóle jestem taki niewierzący.
/Autor – Roman Spandowski/