I znowu będę pisał o filmie, który właśnie obejrzałem i z którego straszności nie mogę się otrząsnąć. No cóż, takie filmy oglądam, o których na tych łamach mogę coś napisać. Zresztą tak naprawdę nie o film tu chodzi, a przynajmniej nie całkiem.

Jego polski tytuł to „Mississippi w ogniu”, dzieło amerykańskiego lewaka Alana Parkera, a rzecz jest o jednej z najczarniejszych plam na białej i chrześcijańskiej cywilizacji. Tu o koszmarze rasizmu – głownie wobec Afroamerykanów (w podtekście też o niewolnictwie), ale i żydom też się tu dostaje – na południu USA w latach 60-ych. Pomimo że wszystko w tym filmie było przeraźliwie realistyczne na zasadzie tu i teraz, jak w reality show, to przecież też zastanawiająco uniwersalne i aktualne. Oszalali z nienawiści do INNYCH amerykańscy południowcy mówili językiem mi znanym z mojego polskiego świata początku XXI w. – te same rasistowskie i bigockie slogany, przede wszystkim antymurzyńskie, ale i antysemickie, antylewicowe i homofobiczne. A niekiedy przy tym, o dziwo! też antykatolickie. Wszystko w tandetnie patetycznym i bogoojczyźnianym sosie, również mi skądinąd znanym – nacjonalistyczna dewocja, kult swojskości, rodziny (tak dalece swojskiej, że z dorodnie wybujałą przemocą domową). Gdybym tylko słuchał tamtejszej mowy kukluxklanowców (puszczonej z autentycznej kroniki filmowej) i nie wiedział, czego słucham, mógłbym pomyśleć, że to ktoś z ekipy naszej dobrej zmiany, jakiś biskup lub niższy rangą duchowny funkcjonariusz, smoleński miesięcznik czy redaktor wiadomych mediów. Bądź inny tego rodzaju idiota.

Zatęchły, homogeniczny i barbarzyński zaścianek południowych Stanów, przerażający i odrażający w swym niewiarygodnym okrucieństwie i takimże kretynizmie, to nie tak odległa przeszłość. To czas zaledwie 20 lat sprzed daty powstania tego filmu. Fakt, w te dwie dekady wiele się tam działo i zmieniło i po ich upływie rzeczywistość społeczna była, nie radykalnie, ale znacznie odmieniona. Jawny film rasistowski czy inne dzieło artystyczne (np. książka) o podobnym wydźwięku teraz nie mogłyby już powstać. Superpopularne i zresztą znakomite czytadło, choć z wyjątkowo obrzydliwie zakłamaną treścią – chodzi oczywiście o „Przeminęło z wiatrem” – nie miałoby się dzisiaj szans ukazać. I to w kraju bez cenzury, za to z dogmatem nieograniczonej wolności słowa (druga poprawka do konstytucji).

Można i trzeba się starać zmienić to, co w narodzie jest niskie i plugawe. Amerykanom się to w znacznym stopniu udało. Dzięki Bogu nie PiS nimi rządził. Przede wszystkim szczerze i przez nikogo nieprzymuszani uklękli przed ofiarami swoich białych przodków, przyznając się do win i ich nie umniejszając, i bijąc w piersi wyłącznie własne. Oczywiście nie wszyscy artyści doznali takiej iluminacji, ale jawni rasiści i inna tego typu swołocz nie mają już tak łatwo. I to – jak się już rzekło – bez udziału państwowego moderatora. Zwyciężyła tzw. poprawność polityczna, przez prawicę odsądzana od czci i wiary, a będąca w istocie rodzajem ogólnospołecznej kindersztuby, dobrego wychowania, które same potrafi się rozprawić z moralno-politycznym chamstwem. Kiedy nam się trafi takie społeczeństwo? Przy okazji przypomnę perorę polskiego ministra kultury sprzed kilku miesięcy, który się zachwycał filmem amerykańskim, jakież jest ono patriotyczne i dumne ze wszystkich faktów własnej historii i nie myśli przed nikim klękać. Otóż właśnie jak widać.

I jest jeszcze coś związane zarówno z tym filmem, jak i naszą teraźniejszością. Świat południowego zadupia, które oglądałem z najwyższą przykrością przez prawie dwie godziny, był praktycznie zmonopolizowany przez iście diabelskie siły zła. W skali jednak ogólnopaństwowej już tak monotonnie nie było. USA były podzielone na dwa zwalczające się bez pardonu plemiona. O wzajemnej akceptacji czy choćby tolerancji mowy nie było. Ale mimo wszystko światełko w tunelu było. W filmie, o którym piszę, nieszczęsna zahukana fryzjerka, która się zdobyła na odwagę wyjawienia miejsca zbrodni i byle jakiego pochówku ofiar terroru rasistowskiego (ze szczególnym uwzględnienia winy swojego męża jako jego współsprawcy) i została tym samym boleśnie zepchnięta poza nawias lokalnej społeczności, zdecydowała się jednak zostać w swoim miasteczku: „bo tu też są dobrzy ludzie”. I znaczący udział białych w pogrzebie czarnej ofiary białych – na ogół młodych, ale widziałem tam również starszych białych duchownych – rozpoznałem katolików. Daję głowę, że nie mogli być z Polski. Kultura amerykańska jest z natury optymistyczna – nie ma takiego zła, któremu by nie towarzyszyła jakaś dobroć, może tylko chwilowo zastraszona i nastawiona na brak jakiegokolwiek działania. Ale jak będzie naprawdę potrzebna, heroicznie wyjdzie przed szereg. Trzeba czekać, bo to jest nieuchronne, ale i z bólem się godzić z ofiarami, których nie da się obronić, bo nie nadszedł jeszcze właściwy czas. Trudno nam to pojąć, Europejczykom, zwłaszcza katolikom, ale protestantom już bardziej. Chory bym był, gdybym tu nie polecił a propos tego innego znakomitego dzieła artystycznego made in USA z kręgu tej problematyki – minipowieści Harper Lee pt. „Zabić drozda”. To jest też o Południu, rasizmie, straszliwej krzywdzie Afroamerykanów, doraźnej, ale nieuchronnej niesprawiedliwości, jednak także o katharsis i o konieczności przyszłego triumfu. Taki humanizm a l’americaine mógłby się nam wydać szczytem hipokryzji, ale okazał się skuteczny w autentycznie religijnym społeczeństwie amerykańskiej prowincji. To sztuka, bo na co dzień praktykowana tam religijność białych (ludzi nader ograniczonych) wydawała się kwintesencją najobrzydliwszej obłudy. Zwłaszcza że wszelkiej maści protestantyzmy nie uznają żadnych kompromisów etycznych i metafizycznych (brak czyśćca!), a zapisy Starego Testamentu z jego bezwzględnym i bezlitosnym Jahwe traktują literalnie. Czyja to więc zasługa, że teraz jest znacznie lepiej (choć do ideału nadal daleko)?

My też mamy tragiczny plemienny podział społeczeństwa i obustronną nienawiść sięgającą zenitu. Za żadne skarby jednak nie postawiłbym między obu stronnictwami znaku równości. Żaden kompromis także nie wchodzi w rachubę. Ewentualna zgoda między ludźmi, a nie stronnictwami może zaistnieć tylko po bezwarunkowej kapitulacji wrażego nam sektora. Jak zwycięży faszyzm, nie będzie tu już dla mnie miejsca. Ideały obu stron są zupełnie niekompatybilne, tak jak były w XIX w. w Stanach między zwolennikami niewolnictwa a abolicjonistami, a w XX w. między obrońcami praw człowieka a segregacjonistami. Tamto załatwiła w dużej mierze wojna secesyjna, a po stu latach już samozorganizowani Afroamerykanie. Podobna sytuacja zaistniała trochę później w Afryce Południowej między zwolennikami a przeciwnikami apartheidu. Tym razem zmieniła to demokratyczna rewolucja bez wojny domowej, za to z racjonalną desperacją Mandeli oraz jego stronnictwa. Zaś po antydemokratycznych oszołomach pozostał tylko wstyd.

Tu chodzić zawsze będzie o pryncypia cywilizacyjne i kulturalne, czyli naszą wielką i humanistyczną kulturę i cywilizację (w tym również autentycznie chrześcijańską), bez której będziemy anachronicznymi barbarzyńcami. Lub nas w ogóle nie będzie. Wszelkie próby zamazywania tych antynomii uważam za karygodny w swej naiwności symetryzm. I podły. Wyobraźcie go sobie, Państwo, podczas okupacji hitlerowskiej i sowieckiej. Stroniąc jednak od chorej nienawiści i wulgarności, nie strońmy od wyrazistości naszych poglądów łącznie nawet z niejaką dosadnością. To nie my jesteśmy inni i obcy i nie my jesteśmy winni.

Walka z segregacją rasową w USA trwała długo, choć to kraj był ekonomicznie i społecznie rozwinięty bez porównania wyżej od nas w tej chwili. Nadal nie jest tam wzorowo, ale prawdopodobnie nigdy nie będzie (jak zresztą wszędzie). Wystarczy, żeby stawało się lepiej. A i tak będzie lepiej niż w innych krajach. Tamtejsi optymiści być może powiedzą, że już jest fajnie. Optymistom w Stanach żyje się jednak dużo fajniej niż u nas.