10 lipca 1941 r. w miasteczku Jedwabne, leżącym na pograniczu mazowiecko-podlaskim i po klęsce wrześniowej 1939 r. włączonym do ZSRR (pakt Ribbentrop-Mołotow), tuż po jego zajęciu przez Wehrmacht dokonano barbarzyńskiego pogromu miejscowych Żydów. Zginęło wtedy w straszliwych męczarniach około 400 żydowskich mieszkańców miasta. Praktycznie wszyscy. Zagoniono ich do stodoły za rogatkami, którą zamknąwszy, podpalono. Funkcjonariuszy niemieckiego okupanta przy tym nie było. Potwierdziło to jednoznacznie IPN w swoim grubo powojennym śledztwie. Trudno podważać w tej materii ustalenia IPNu, jako że wszyscy znają jego afiliacje ideowe. Dużo wcześniej, bo zaraz po wojnie, śledztwo było też – z podobnymi wynikami. Na pewno było mało obiektywne, uwikłane w toczącą się wówczas walkę polityczną (referendum 3 razy tak), a przede wszystkim taktycznie totalnie niewygodne. Miało jednak jedną nad tym IPNowskim przewagę – świadkowie (a i sprawcy) jeszcze żyli. Proces i ferowanie wyroków przebiegły w tempie błyskawicznym, jakby komunistyczna władza chciała się jak najszybciej pozbyć niechcianego problemu i jak gdyby nigdy nic powrócić do normalnego, postępującego zamordyzmu. Tragedia Żydów w Jedwabnem (i gdzie indziej) była w tym tylko przejściową niedogodnością. Po czym sprawa została skazana na niepamięć. Tak zechciała komuna, ale ogół Polaków też. Wyparliśmy z pamięci wszystkie nasze zbrodnie wobec Żydów, kiedykolwiek zostały popełnione. A przecież takich Jedwabnych było znacznie więcej, po wojnie było Kielce, zresztą też niejedyne, marzec 1968 r. itp.

Bo to nie były i nie są odosobnione wypadki. To jest ponury balast, który się za nami ciągnie, odkąd staliśmy się częścią chrześcijańskiej Europy. Najbardziej gorzki paradoks jest w tym, że zachodnia Europa, skąd chrześcijaństwo wzięliśmy, dość dawno się już od tego balastu odżegnała. A my tkwimy, okopani w nim jak w Okopach Św. Trójcy. A tymczasem w Europie, do której aspirujemy, w tym w Watykanie, gdzie potępiono obowiązującą przez wieki tezę o bogobójstwie Żydów, panuje już zupełnie inna optyka tego zjawiska. Nie ma antysemityzmu – bo to rasistowska i pogańska ideologia, którą potępiały już przedwojenne encykliki. Nie jest to również antyjudaizm, obowiązujący do XIX w. Przypominam – wg niej Żyd, który dokonywał konwersji na chrześcijaństwo, zyskiwał wszystkie prawa dotychczasowych chrześcijan. Natomiast od papieża Jana XXIII Żydzi są nadal narodem wybranym. Rzymscy biskupi (dla niekumatych: papieże) odwiedzają rzymską synagogę, od lat funkcjonuje wspaniała inicjatywa – wspólnego przekładu Starego Testamentu.

Wyobrażacie sobie, Państwo, by biskupem w Polsce oraz kardynałem mógł zostać żydowski konwertyta? A arcybiskupem Paryża był do niedawna Jean Marie Lustiger (ur. w Będzinie). Ale czego wymagać od polskich tzw. chrześcijan w kwestii znajomości Starego Testamentu, skoro nie znają nawet Nowego.

A na koniec o doraźnej polityce. Bo jakżeby inaczej. Premier Morawiecki (z wykształcenia historyk – absolutnie niewybitny), plącząc się w kwestii ustawy IPNowskiej, grzmiał, że Polska nigdy nie była krajem pogromów, ale nową ziemią obiecaną dla Żydów. Chyba kretyn. W ramach spóźnionych korepetycji dla niewydarzonego szefa rządu: 1) Żydzi przybywający do w średniowieczu do Polski wypełniali tu niszę ekologiczną, którą nie byli zainteresowani z racji religijnych chrześcijańscy autochtoni – handel, bankowość, zresztą jak pierwotnie w całej zachodniej Europie, 2) biblijny zakaz lichwy, kiedy cały handel zagraniczny (eksport zboża i import artykułów luksusu) Polski oparł się o protestancki Gdańsk (który wraz z całym protestantyzmem luźniej podszedł do zakazu lichwy), dopóki obowiązywał 1), o konfliktach polsko-żydowskich nie mogło być mowy. Pozwólcie sobie Państwo przypomnieć Jankiela z „Pana Tadeusza”, ochmistrza Sopliców i Polaka honoris causa. Mało to realistyczna postać, ale co chciał przez nią przedstawić Mickiewicz jako wzór dla nas? W XIX w. po kolejnych powstaniach (zwłaszcza styczniowym) wysadzana z siodła polska szlachta próbowała się realizować dziedzinach, które już Żydzi wcześniej penetrowali. No i zaczął się konflikt ekonomiczny. I z takim dotrwaliśmy do połowy XX w. A potem już tylko gorzka czkawka ideologiczna i moralna.