Będzie to tekst jak na Polskę kontrowersyjny, bo tykający chyba największego tabu obyczajowości katolickiej – dawniej i wciąż tłamszącej przecież bardzo zróżnicowaną również pod tym względem społeczność. Jak o tym mówi tytuł, chodzi o homoseksualizm.


Skąd się on wziął pośród ludzi, nie wiadomo. Śladu w ludzkim genotypie, który by miał świadczyć o jego wmontowaniu w geny, nie stwierdzono. Jest ewidentnie sprzeczny z całą Darwinowską (żeby nie tykać uzasadnień religijnych) logiką utrzymania gatunku. Ale jest! I to najprawdopodobniej od zarania ludzkiej kultury. Chyba też w takiej samej reprezentacji procentowej każdorazowej w ciągu wieków, niezależnie od etapu rozwoju cywilizacyjnego, populacji. Natura kolejny raz chowa przed nami tajemnicę. Ale nie takie sekrety udawało się jej wydrzeć naukowcom. Jako spadkobierca oświecenia jestem optymistą.
Ale chodzi o tu i teraz. Lesbijki i geje istnieją pośród tzw. normalnych ludzi, mają swoje marzenia, osobiste potrzeby życiowe (przecież wspólne wszystkim ludziom), tylko nie mają możliwości ich zrealizowania. Najpierw na poziomie najprostszej akceptacji środowiskowej, potem zaś na poziomie regulacji prawnych. Zresztą mało kto z tego kręgu jest w stanie przejść z pierwszego poziomu na drugi. Albo pozostają oni szczelnie zamknięci w swych szafach, albo odchodzą na zawsze w niebyt – dobrowolnie (???) lub nie.
Naturalnie idzie przede wszystkim o seksualia. Czy jestem wulgarny? Uznano by mnie bezsprzecznie takim dawniej, a w obecnej polsko-katolickiej sekcie na pewno i dzisiaj. Tyle że neutralna nauka, w tym humanistyka, uznały już jakiś czas temu, że seksualność to najoczywistsza i najpodstawowsza sfera każdego gatunku przyrodniczego – w tym także ludzkiego – że nie sposób jej regulować tylko kategoriami rygorystyczno-zakazowymi. Bo niby skąd miała się wziąć moralność seksualna w swoich szczegółach (a tu religie się mogą wzajemnie różnić), jeśli nie z troski o dobro gatunku? Wiem, że w wypadku człowieka – najwyjątkowszego. Ale jednak gatunku. Bo chcąc czy nie chcąc pozostajemy i pozostaniemy takim. Ewolucja wszechświata nie czyni wyjątków. Nawet rzymskie magisterium się z tym pogodziło. A pomimo to tak sprzeczna z ewolucjonistycznie pojmowaną naturą (cytując dawne kompendia) ludzko-społeczna rzeczywistość homoseksualna istnieje! I co mamy z tym fantem zrobić? Po pierwsze – jest to rzeczywistość, czyli byt. A więc po prostu jest i nijak się go nie da zepchnąć w niebyt, czyli zaprzeczyć jego istnieniu. A po drugie – jest fragmentem kultury ludzkiej od jej zarania.
Usiłując się wznieść ponad archaiczną etykę społeczności koczowniczych Hebrajczyków Starego Testamentu, a także niespecjalnie późniejszych cywilizacyjnie autorów Nowego Testamentu – z ich np. mizoginizmem oraz nietolerancją religijną – próbuję sobie z całą nadżyczliwością odtworzyć ich system etyczny tak, żebym go mógł w XXI w. w pełni zaakceptować, pomijając kompromitujące tamtą epokę szczegóły. Mógłby ktoś zapytać – a po jaką mi cholerę takie problemy? Mam przecież nowsze wzorce! Ale czuję się naprawdę Europejczykiem, czyli dziedzicem nie tylko starożytności – też zresztą pod względem etycznym bynajmniej nie oczywistej. Zdecydowałem się jednak ze swojego dziedzictwa kulturowego wybierać to, co jest dla mnie najważniejsze – zwłaszcza pod względem etycznym. A jako przewodnika wybrałem Nowy Testament – choć jestem niewierzący. O czym później.
A przecież wiem, że w wielu kulturach – w tym także z naszego europejskiego kręgu – męski homoseksualizm był nie tylko nienapiętnowany, ale wręcz preferowany. W tym zwłaszcza w starożytnej Grecji, a już szczególnie w ojczyźnie demokracji, czyli w Atenach. Tam było to wszakże kosztem wyjątkowego upośledzenia pozycji społecznej kobiet. Współcześni antypedalscy maczyści – chcecie potępić pedalstwo, ale tym samym potraktować kobiety nie tylko jako bezpłciowe madonny (choć nieoficjalnie wręcz przeciwnie), tylko jako równe sobie? Obawiam się, że jednakowoż nie.
Jako zastarzały liberał – czyli taki, który nim był, jest i raczej będzie na wieki – wielbię wolność, ale przecież tylko do granic, w których się jedna wolność może zetrzeć z cudzą wolnością. Obszar tuż przygraniczny – jak zwykle niedookreślony – powinien być do negocjacji. Ale nawet ten negocjacyjny teren, z założenia niczyj, nie może być skazany na brutalną wolnoamerykankę. Czyli powinien podlegać jakimś wyższym prawidłom. Jakim? Chyba się nie da ich jednoznacznie sformułować poza prymitywnymi współczesnymi ideologiami. Tak jak się nie udało dookreślić naszej SOLIDARNOŚCI. Bo BRATERSTWA nie da się zamknąć w terminologii. To trzeba mieć głęboko w sobie. Popularnie się to nazywa sumieniem. Albo przeczytać Nowy Testament ze zrozumieniem. Co zresztą na jedno wychodzi. I bynajmniej nie trzeba być zdeklarowanym katolikiem. Co do chrześcijaństwa w ogóle to już coś zupełnie innego. A to właśnie Nowy Testament jest fundamentem chrześcijańskiej cywilizacji i jedną z najistotniejszych zasad kulturalnych naszej Europy. Nie wyrzekam się jej jako europejski liberał, bo dla nas, liberałów, się on pięknie harmonizuje z zarówno przedchrześcijańską tradycją, jak i pooświeceniową. A pozostaje w konflikcie z pogańskimi faktycznie rytuałami plemiennymi. A oto stosowne cytaty (wybrane spośród wielu) z Nowego Testamentu: „Miłość bliźniemu krzywdy nie wyrządza” (list św. Pawła do Rzymian 13/10). Gdyby ktoś mi chciał zarzucić, że wyrwałem to z kontekstu, niech przeczyta kontekst, być może pierwszy raz w życiu. A poza tym: „Miłujcie nieprzyjaciół waszych” (ewangelia św. Mateusza 5/43). Tu uwaga jak wyżej. A nade wszystko: „Teraz trwają: wiara, nadzieja i miłość; tych troje. A z tych największa jest miłość” (I list św. Pawła do Koryntian 13/13 – słynny hymn do miłości). A ja przypominam, że nienawiść, jest zaprzeczeniem miłości. A odmowa miłości jest nienawiścią.
Szóste przykazanie dekalogu zostało w tradycyjnej etyce chrześcijańskiej sromotnie przereklamowane. Jakby było ważniejsze od wszystkich pozostałych. I na dodatek poddano mu w trybie zakazowym zachowania seksualne, które byłyby zrozumiałe w funkcjonowaniu pierwotnej społeczności, chcącej biologicznie za wszelką cenę przetrwać. Ale planeta Ziemia zmierza ku przeludnieniu, co zresztą nie jest tutaj najważniejsze. Najważniejsze jest jednak to, co według mnie (a chyba nie tylko według mnie) jest istotą nowożytnej – a i wreszcie uniwersalnej – moralności, której celem ma być pojedynczy człowiek, a nie plemię czy naród. Po prostu CZŁOWIEK w swoim pojedynczym życiu, który pojedynczo odpowiada za swoje czyny, ale który ma pojedynczo również swoje podstawowe prawa. W tym także do swojego osobistego szczęścia, też emocjonalno-seksualnego. Nawet jeżeli jest orientacyjnie odmienny. Przecież sam swojej odmienności nie wybrał. A przyroda nie preferuje masochistów i samobójców.

Roman Spandowski